
Zaczęło się ...
Od postanowienia wręcz nieosiągalnego na daną chwilę - przejechania, eksploracji, zobaczenia i zwiedzenia Ameryki Południowej na motocyklu minęły dwa miesiące. Wzięliśmy się za realizację zamierzonego celu. Spakowaliśmy plecaki i polecieliśmy do Anglii zarobić na wyjazd... Nadszedł moment zakupu motocykla, czyli fundamentu naszej podróży. Według mnie tylko jedna maszyna może sprostać naszym wymaganiom i trudom podróży a mianowicie BMW R1200GS Adventure, ale z czystej ciekawości nie zaszkodzi porównać konkurentów. Szczerze mówiąc nie ma ich zbyt wielu i po weryfikacji wszystkich maszyn, wnikliwych oględzinach wybór jest tylko jeden – GSA.
Znalezienie odpowiedniego egzemplarza było trudne i czasochłonne, ale w końcu jest, jedziemy go zobaczyć. Dokładne oględziny, jazda próbna, dogadanie się co do ceny i jest nasz. Wracamy do domu naszą wyprawową maszyną.
Mamy wystarczająco dużo czasu aby przetestować GS-e na trasie, odpowiednio przygotować i w razie potrzeby dokonać napraw. Śmigamy GS-ą po całej Anglii i Walii, na autostradach, w wielkich miastach i górach. Off-road-owo na zlocie beemek w Walii, na poligonie doświadczalnym Touratecha tam gdzie dwóch bohaterów książki "Long Way Down" uczyło się jeździć.
Dokonuję wielu zmian i ciągle kupuję niezbędne części, aby motor był przygotowany na każdą niespodziankę. GSy nie da się pomylić z żadnym innym motocyklem, a osoby które wiedzą jak wygląda seryjnie, na pewno dopatrzą się wielu modyfikacji, a to tylko połowa. Reszta jest ukryta i pochowana, aby służyć maszynie jak i załodze.
Wybieramy się również do Polski.
Serwujemy sobie i maszynie dwudziesto-cztero godzinne "Le Mans". W tym 16 godzin w ogromnych strugach deszczu. Korzystając z pobytu w RP, głos rozsądku podpowiada aby wymienić komplet sprzęgła oraz kilka simeringów. Po konsultacjach z kilkoma serwisami i warsztatami, wybór nie pozostawia żadnych złudzeń. Szkoda marnować czas i pieniądze na pseudo usługach! BMW Sikora w Bielsku Białej - to właśnie tam znaleźliśmy obsługę na bardzo wysokim poziomie. Z tego, że o nich wspominam nie czerpię żadnych korzyści, po prostu urzekł mnie ich profesjonalizm do motocykli i ich właścicieli.
Po krótkiej wizycie w ojczyźnie, czas zawijać z powrotem do UK.
Ala wypełniła po brzegi trzy obszerne kufry BMW, a czym? Oczywiście, że najlepszymi na świecie śląskimi "wusztami"...Dobrze, że kufry są szczelne, bo w innym razie Baja, bardzo przyjazny :) doberman od Ali, biegł by za nami przez całą Europę.
Pewnie zastanawiacie się kto to jest Ala - Ala to członek załogi, załogi składającej się z dwóch osób: kierowcy i pasażera. Ala jest tym drugim i pełni bardzo ważną rolę GPSa, nawigatora i obserwatora. Ala plus mapnik zawieszony na szyi jest nie do pobicia.
Pozwolę sobie przedstawić nasze sylwetki :
Alicja Hyla - urodzona wcale nie tak dawno, mogłaby uczyć w szkołach
geografii, ale nie chce, woli palić gumę i jeździć po świecie. Ratownik i instruktor pływania, lubi przeciskać się przez klaustrofobiczne jaskinie i zdzierać skórę w czasie wspinaczki, ale to co ją kręci najbardziej to wolność i adrenalina, którą daje jazda na motocyklu. Nie znam innej osoby, która znosiłaby tak dobrze wszelkie trudy i niedostatki związane z podróżowaniem.
Stefan Hyla -
zapalony ufolog, który w uproszczonym do granic możliwości świecie dąży do kontaktu z istotami pozaziemskimi [?].
Po powrocie do UK kontynuacja tego, co zaczęliśmy wcześniej.
Ciągle coś wymieniamy, sprawdzamy, testujemy. Wszystko musi być przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. Rzeczy, które kupujemy na wyjazd muszą być wytrzymałe, lekkie i małe, aby wszystko co jest niezbędne pomieściło się do kufrów i nie ważyło zbyt wiele. Logistycznie trudno jest zabrać wszystko dla dwóch osób na całą Amerykę Południową. Planujemy jeździć około dwunastu miesięcy, czym dłużej tym lepiej ...
Cały ekwipunek przeważnie testujemy i sprawdzamy na wypadach w Walii. Jest to dość dobre miejsce do wypróbowania motocykla czy namiotu.
W końcu nadszedł czas na szukanie biletów lotniczych, wszelkiego rodzaju ubezpieczeń i statku, na którym Beemka popłynie do Kolumbii ... bo właśnie z Cartageny w Kolumbii rozpoczniemy naszą przygodę z Ameryką Południową. Motocykl zapakujemy na statek w Anglii, skąd popłynie około trzech tygodni, a my w międzyczasie spakujemy manatki, polecimy do Polski odwiedzić rodzinę i przyjaciół. To właśnie z ojczyzny polecimy do Kolumbii. Z portu odbierzemy motocykl i od tamtego momentu nie pozostanie nic tylko "enjoy South America".
Łatwo powiedzieć, teraz trzeba zrealizować ten plan. Niesamowite jak bardzo skomplikowane i czasochłonne jest zorganizowanie takiej wyprawy. Wydawać by się mogło,że załatwienie wszystkich formalności nigdy się nie skończy. Ala spędziła wiele godzin na znalezieniu odpowiedniego przewoźnika, biletów lotniczych i zgraniu układanki w całość.
Warto było poświęcić czas i nerwy, teraz wszystko wydaje się być ogarnięte i poukładane tak jak trzeba.
Czas szybko ucieka czasami zbyt szybko, aż trudno uwierzyć że minęły dwa lata od przyjazdu do Wielkiej Brytanii. Tym bardziej trudno uwierzyć, że nasze postanowienie stało się jak najbardziej realne. Trudno mi opisać co teraz czuję... chyba to ulga, wszystko załatwione, teraz tylko wsiąść w samolot dolecieć do Kolumbii, odebrać motor i rura... Jestem strasznie ciekaw co nas tam czeka, czy GSa się sprawdzi, czy wszystko co zostało do niej dokupione i wymienione miało sens, czy rzeczy do użytku codziennego to dobry wybór, a może trzeba było zainwestować w coś innego. Wszystko okaże się tam na miejscu, daleko za oceanem, a najlepszymi testerami będą bezdroża, góry, rzeki, pustynie, dżungle, deszcz, wilgoć, wicher, upał i czas...
