
Boliwia - Moc atrakcji
Do Boliwii wjeżdżaliśmy z nadzieją. Z nadzieją, że tu jest inaczej niż w
Peru, że nie chodzi tylko o pieniądze.
Jak tylko załatwiliśmy wszystkie formalności na granicy, ruszyliśmy do
Copacabana. Od razu zauważyliśmy, że przy drodze leży mniej śmieci lub
nie ma ich wcale. To był dobry znak.
W Copacabana zatrzymaliśmy się na kilka dni. Copacabana to mała wioska z
wielgachnym kościołem, położona nad Jeziorem Titicaca. Pełni rolę naszej
Częstochowy, co rusz odbywają się tu pielgrzymki. Dla nas największą
atrakcją była wyspa Isla del Sol, czyli wyspa Słońca.
Od razu po przyjeździe musieliśmy wymienić peruwiańskie sole na tutejsze
bolivianos. Oczywiście było nam bardzo ciężko przestawić się w
przeliczaniu tej waluty. Teraz dla przykładu jeden dolar kosztował 7
bolis.
Zatrzymaliśmy się w najlepszym hotelu w mieście. I kosztował nas on 120
bolivianos, czyli jakieś 8,5 dolara za osobę. To nie najgorzej. Ale za
to otrzymaliśmy pełen luksus. Piękny, wielki pokój z telewizorem, z
internetem, nawet z grzejnikiem oraz z widokiem na jezioro. Oczywiście
ręczniki, mydło i papier toaletowy, a do tego śniadanie też było
wliczone. Absolutna rewelacja - najlepszy hostel w jakim spaliśmy jak do
tej pory.
Jak tylko się zadomowiliśmy, wyskoczyliśmy na miasto. Słyszeliśmy że tu
w Boliwii wszystko jest takie tanie. Musieliśmy to sprawdzić. I
faktycznie, za pstrąga smażonego z frytkami, ryżem i sałatką
zapłaciliśmy po 3 dolary. To faktycznie nie najgorzej.
Później pod wieczór zakosztowaliśmy tutejszego piwa i podziwiając zachód
słońca zastanawialiśmy się jaka będzie ta Boliwia.
Kolejnego dnia wybraliśmy się łodzią na wycieczkę na Isla del Sol.
Płynęliśmy około 2h. Kolor wody w jeziorze bardzo kontrastował z górskim
otoczeniem.
Cały dzień tułaliśmy się po najskrytszych zakamarkach wyspy. Kompletny
brak tu pojazdów spalinowych, a jedynym środkiem transportu są osiołki.
Ludzie tu uprawiają ziemię za pomocą prymitywnych narzędzi, hodują
osiołki, owce i bydło. Panuje tu nieprzenikniona cisza. Podziwialiśmy
przepiękne widoki na górzysty brzeg jeziora i szmaragdową wodę, a w
oddali ciężkie chmury zwiastowały burzę.
Po kilku dniach wypoczynku ruszyliśmy dalej w drogę do La Paz.
Jechaliśmy tak po wspaniałej, asfaltowej pustej drodze, a widoki na
jezioro i góry zapierały nam dech w piersiach. Aż w końcu droga się
skończyła, a na końcu stała drewniana barka - prom. No to wjechaliśmy.
Ale to był pryszcz w porównaniu z niektórymi poprzednimi przeprawami
przez rzeki.
La Paz położone jest jakby w dolinie, droga prowadzi ostro w dół
serpentynami a obok płynie wielki ściek. Samo La Paz nie oczarowało nas.
To wielkie, zatłoczone miasto. I tak musieliśmy tu zostać kilka dni, bo
chcieliśmy załatwić kilka ważnych spraw.
Pierwszy dzień spędziliśmy na eksplorowaniu centrum.
A już następnego dnia ja leżałam chora w łóżku. Na szczęście zatrucie
minęło po 2 dniach i mogliśmy kontynuować. W międzyczasie Stefan dokonał
kilku niezbędnych zakupów rzeczy do motora jak nowe opony, worek na
namiot, plecak oraz buty dla siebie, gdyż poprzednie mu się rozwaliły.
We wtorek ruszyliśmy w góry. Naszym celem było zdobycie naszego
pierwszego sześciotysięcznika Huayna Potosi 6088m npm.
Wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Ale się zaparliśmy. Pierwszego dnia
dotarliśmy do bazy wysuniętej Rock Camp 5130m npm. Tam szybki posiłek.
Na tej wysokości i tak się nie chce jeść. Musieliśmy położyć się spać o
6:00 popołudniu bo o północy pobudka. Niestety na tej wysokości nie
łatwo jest spać i większość czasu się wierciliśmy. W końcu pobudka,
śniado i wpasowanie na siebie całego sprzętu (ciepłe ubrania, raki,
czekany, uprzęże, lina, kaski, czołówki, plecaki) i w drogę.
Na początku szło nieźle. Posuwaliśmy się powoli ale systematycznie. Z
czasem każdy krok był coraz bardziej męczący. Musieliśmy dotrzeć do
szczytu nie później niż o 6:30 rano. Potem po wschodzie słońca lodowiec
się topił i chodzenie po nim stawało się bardzo niebezpieczne.
Topniejący lód odsłaniał nowe szczeliny i zapadał się, a z góry
wytapiały się kamienie i spadały. W połowie drogi ogarnęło nas
zwątpienie, Stefana dopadła choroba wysokościowa, bolał go brzuch i
głowa a nogi odmawiały posłuszeństwa. Ale herbatka z koki i smakołyki z
kaktusa postawiły nas na nogi.
Powoli szliśmy dalej. W końcu słońce zaczęło wschodzić i zobaczyliśmy
cudowne widoki wkoło. Również zobaczyliśmy jak blisko szczytu jesteśmy i
dostaliśmy nowej energii. O 6:15 dotarliśmy na szczyt. Nie było tu
nikogo. Radość zawładnęła nami i zepchnęła zmęczenie na bok. Szczęśliwi
pstrykaliśmy fotki.
Po kilkunastu minutach ruszyliśmy w dół. Z każdym krokiem robiło się
coraz cieplej. Ale droga powrotna ciągnęła się niemiłosiernie. Słońce
teraz prażyło okropnie, musieliśmy się dokładnie posmarować kremem z
filtrem, bo inaczej by nas spaliło. W końcu upragniony Rock Camp. Tu
przebieranie, szybki posiłek i dalej w dół do Base Camp na 4800m
npm.
Stamtąd już mieliśmy załatwiony transport w dół do La Paz.
Byliśmy absolutnie skonani. Gdy tylko dotarliśmy do hostelu walnęliśmy
się do wyrek. To była niesamowita przygoda.
Kolejny dzień poświęciliśmy na odpoczynek. Potem wybraliśmy się z grupą
na zjazd na rowerach downhillowych po drodze Death Road - Droga
Śmierci.
Muszę wyjaśnić, że kiedyś faktycznie była to droga śmierci gdyż
odbywał się tu normalny ruch i wszystkie ciężarówki, busiki, autokary i
cały transport przebiegał tędy. Droga ta jest strasznie wąska i biegnie
całe 60km przy urwisku bez żadnych zabezpieczeń a do tego te osuwiska.
Co roku ginęło tam kilkaset ludzi. Od kilku lat natomiast transport
odbywa się nową drogą, a stara jest zupełnie pusta.
Zabawy było co nie miara. Zaczynaliśmy z wysokości 4700m npm a
kończyliśmy na 1500m npm. Na samej górze było zimno i pochmurno, ale z
każdym kilometrem robiło się coraz cieplej, aż na samym dole słońce
grzało na całego. W połowie drogi oczywiście Stefan złamał tylni
amortyzator w swoim rowerze. Na szczęście organizator wymienił mu rower
na nowy. Fajnie tak jechać na rowerze i nie musieć pedałować.
Na dole czekał na nas obiad i relaks w basenie. Absolutna frajda.
Z La Paz wyjeżdżaliśmy pełni wrażeń. Kolejnym celem była Cochabamba.
Droga dłużyła nam się. Jechaliśmy po płaskowyżu na ponad 3600m npm.
Jakość nawierzchni pozostawiała wiele do życzenia, wielgaśne koleiny
(prawie jak u nas) do tego co chwila wioska z chopkami, bark asfaltu czy
roboty drogowe lub zwierzęta na drodze. W pewnym momencie Stefan
szykował się do wyprzedzenia taksówki, ale zauważył jakieś dwie
podejrzane postacie na drodze. Schował się za taksiarzem, a tu Policja
macha że mamy zjechać oboje. Po krótkiej rozmowie puścił taksiarza a nam
pokazuje radar, że jechaliśmy 88km/h a tu ograniczenie do 80. Stefan
macha i mówi że nie rozumie hiszpańskiego, i mu pokazuje że jechaliśmy
za taksiarzem i że to nie jego prędkość. Po kilkunastu minutach
policjant zrozumiał że nie wyciągnie od nas ani grosza łapówki więc nas
puścił.
Cochabamba nam się nawet podobała. Wyglądała tak jakoś bardziej bogato i
czysto. Znaleźliśmy hostel i zrzucając wszystkie ciepłe ciuchy wyszliśmy
na miasto. Było tu znacznie cieplej. Spałaszowaliśmy wielgaśną pizze.
Kolejnego dnia łaziliśmy po mieście rozkoszując się gorącym dniem. Gdy
następnego ranka już całkiem spakowani szykowaliśmy się do drogi, nagle
ktoś powiadomił nas że nie możemy opuścić hostelu, gdyż jest spis
powszechny w całej Boliwii i Policja rozkazała pozostać wszystkim w
domach. Absolutnie wszystko było pozamykane.
[jpg0218]
Rozczarowani znowu się rozpakowywaliśmy. Szkoda że nikt nas nie
uprzedził wcześniej, nie mieliśmy nic do jedzenia ani picia. Masakra.
Nie mieściło nam się to w głowach. Czuliśmy się jak w więzieniu.
Popołudniu, nie wytrzymaliśmy i wyszliśmy na zewnątrz. Faktycznie miasto
było wymarłe. Absolutnie nikogo, ani samochodów ani motorków. Cisza. Od
czasu do czasu patrol policji, wtedy się chowaliśmy. Na szczęście
znaleźliśmy maleńki sklepik, zakupiliśmy chipsy i ciastka i piwo.
Musieliśmy jakoś pozbyć się tego głodu.
Naszym kolejnym celem był Park Narodowy Torotoro. Oczywiście o pseudo
asfalcie mogliśmy pomarzyć. 150km po bezdrożach i oczywiście nie mogło
zabraknąć przygód. Upał był niesamowity. Jechaliśmy tak w tym kurzu i
nie było widać końca tej męczarni, gdy wtem zauważyłam że coś nam
odpadło. Był to kufer prawy, odbijał się jak piłka. Zatrzymaliśmy się.
Okazało się że zamek mocujący kufer do stelaża się rozleciał. Zupełnie
zlani potem, w 33 stopniowym upale umocowaliśmy kufer pasami do motora.
Ruszyliśmy w dalszą drogę. Na szczęście Torotoro było położone wyżej i
temperatura tam trochę spadła. Wymęczeni odnaleźliśmy hostel.
Następnego dnia wybraliśmy się na pieszą wycieczkę do dna kanionu wraz z
innymi podróżnikami z naszego hostelu. Mieszanka była światowa:
Japończyk, Amerykanka, Szwajcarzy, Brytyjka i dwóch Polaków, no i
lokalny przewodnik. Ten kanion robił wrażenie. Na koniec widzieliśmy
ślady dinozaurów ale czy były prawdziwe....
Następnego dnia wybraliśmy się do Ciudad del Itas, to niby miasto i
świątynie w niesamowitych formacjach skalnych. Było to bardzo ciekawe.
Promienie słoneczne przedzierały się przez okna skalne tworząc
niesamowite kolory na skałach.
Następnie wybraliśmy się do jaskiń Cavernas Umatalanta. Tam widzieliśmy
wspaniałe stalaktyty, stalagmity i stalagnaty. Niestety większość z nich
była zniszczona przez lokalesów zanim uznano to miejsce za park
narodowy.
Kolejnym postojem było Sucre. Pytaliśmy się lokalesów o skrót przez góry
do Sucre. Ponoć jest droga ale brak tam mostu na dużej rzece a teraz gdy
pora deszczowa się już zaczęła stanowczo nam odradzali tą drogę, gdyż
stan wody na pewno jest wysoki (ponad metr).
Nie chcąc ryzykować niepotrzebnych problemów postanowiliśmy pojechać
okrężną drogą - ponad 400km. I gdy już mieliśmy wyjeżdżać Stefan się
rozchorował. Jakieś paskudne przeziębienie go dopadło. Musieliśmy
poczekać aż się lepiej poczuje.
W końcu wyjechaliśmy. I tak 11h tłukliśmy po bezdrożach najróżniejszych, znowu w upale. Na mapie droga była zaznaczona i mikro napis mówił że droga w budowie. Mięliśmy nadzieje że już ją skończyli, ale niestety nie. Tłukliśmy się w kurzu po psycho żwirkach, albo po prowizorycznej drodze w korycie rzeki setkami kilometrów. Ale byliśmy zdeterminowani jeszcze dziś dojechać do Sucre. I jakimś cudem udało nam się i nawet bez jednej pomyłki znaleźliśmy nasz hostel.
