2012-11-30
blogBackground

Dzikie pożegananie


Sucre. Mieliśmy dwie opcje. Jedna to przedrzeć się przez góry i rzeki bez mostów lub na około i nadrobić z 200km. Po głębszym rozeznaniu jeszcze w Torotoro dowiedzieliśmy się że przez góry teraz nie da rady, bo sezon deszczowy już się zaczął i że są dwie rzeki bez mostów o głębokości około metra. Lokalesi radzili żeby nie ryzykować bo tam nic w koło nie ma, w razie awarii. No to zostało nam na około, jakieś 420km. Na mapie z 2011 roku droga, którą wybraliśmy była w trakcie konstrukcji, więc mięliśmy nadzieję, że choć jej część będzie już gotowa. Po 200km bezdroży dojeżdżamy do wspomnianej drogi a tu jeszcze gorzej niż sądziliśmy, droga nadal w trakcie konstrukcji i do tego wysypana cała piasko-żwirkiem, zupełnie nie utwardzona. Co chwila motor się ślizgał na tym jak w sypkim piachu. I tak setki kilometrów a do tego temperatura wzrosła do 33 stopni Celcjusza. Cali zlani potem i obklejeni kurzem, który wzburzały auta z przeciwka, a te gnały jak szalone bo dla aut 4x4 to żadna trudność. Potem już było tylko gorzej. Droga zjechała do koryta rzecznego i prócz luźnego piachu wystawały do tego kamole i doły i błotko sie pokazało. Słońce zaszło już a temperatura ani myśli żeby spaść, 33 i ani stopnia mniej. Straszliwy upał. Nie chcieliśmy się tu zatrzymywać na nocleg pod namiotem, bo w takiej temperaturze w namiocie nie pośpimy. Jedziemy dalej i ni stąd ni zowąd asfalt się pokazał. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Z niedowierzaniem i niepewnością jechaliśmy ostrożnie na wypadek nieoczekiwanego zakończenia przyjemności. Ale ona trwała i trwała. I tak aż do samego Sucre. Bardzo się zdziwiliśmy, że jedna z nielicznych dróg prowadzących do konstytucyjnej stolicy Boliwii jest w takim stanie. Asfaltu było jakieś 80km.

Do Sucre dojechaliśmy grubo po zmroku i tym razem szczęście się do nas uśmiechnęło. Przez przypadek skręciliśmy gdzieś w lewo, nie mając pojęcia gdzie jesteśmy i gdzie centrum. "Zsiadam" zdecydowałam i chciałam się zacząć pytać przechodniów jak do centrum gdy tuż obok wypatrzyłam nasz hostel. Wykończeni, brudni i głodni zaparkowaliśmy motor wewnątrz hostelu, zrzuciliśmy skurzone ciuchy motocyklowe i ruszyliśmy w poszukiwaniu jedzenia. Znowu czystym przypadkiem dotarliśmy do pysznego baru z wielkimi stekami z grilla i frytami i sałatką za 5 dolców. Objedliśmy się jak bąki.

Następnego dnia odkryłam kamping tuż opodal hostelu i za połowę ceny przenieśliśmy się do namiotu. Kolejne dni spędziliśmy na spacerach po Sucre, grillowaniu i odpoczynku. Pomimo, iż Sucre jest małym miastem - liczy tylko 250tyś mieszkańców, jest naprawdę piękne. Ulice są czyste, budynki białe i kolorowe, dużo jest tu zieleni i dość dużo turystów. Klimat jest doskonały, w dzień ciepło z lekkimi upałami a w nocy chłodno. Czasem przelotne burze. W tej błogiej atmosferze spędziliśmy 5 dni i w końcu ruszyliśmy dalej.

Tym razem dystans to tylko 150km i to po asfalcie. Potosi to kolejny przystanek. Tu chcieliśmy zobaczyć słynne, choć niebezpieczne kopalnie srebra, cyny i cynku. Potosi to małe ale również bogate miasto. Większość ludzi utrzymuje się z kopalni lub z zakładów oczyszczania minerałów. W kopalniach nadal używa się tych samych sposobów wydobycia co przed 100 laty.

Przewodnik naszej wycieczki to górnik, który nadal pracuje na kopalni. Wskoczyliśmy w nasze robocze wdzianka, kaski i latarki i ruszyliśmy starym zdezelowanym busikiem do kopalni.Po drodze zatrzymaliśmy się na targu dla górników gdzie legalnie sprzedaje się dynamit, lont, detonatory, spirytus, liście koki, papierosy i wszystko to co górnicy potrzebują na szychcie. Zakupiliśmy podarki dla górników i ruszyliśmy dalej. Potosi położone jest u podnóża góry, która jest pełna cennych minerałów. Góra jest jak ser szwajcarski, poprzecinana korytarzami we wszystkich stronach. W czasie szychty pracuje tu 10tys górników. Każda spółka górnicza posiada jedno wejście korytarza, a tam pracuje około 20-30 górników. Każdy drąży w sekretnym kierunku, a gdy przez przypadek się przebiją do siebie to tłuką się na śmierć i życie, rzucają dynamitem w siebie. To poważna walka. Na szczęście nie zdarza się zbyt często.

Górnicy na szychtę biorą ze sobą zawsze spirytus, sok, liście koki i papierosy. Żują liście koki aby nie czuć głodu, zmęczenia i strachu. A jest się czego bać, gdy inne grupy górników wysadzają swoje korytarze w koło i nie obchodzi ich czy ktoś jest w pobliżu. Ziemia może się osunąć w każdym momencie i uwięzić lub zabić. A do tego, najgorsza jest choroba płuc na którą umiera 90% górników. Niebezpieczne azbestowe pyły wytwarzają się podczas wiercenia otworów na dynamit, a górnicy je wdychają. Tej choroby się boją najbardziej. Spirytus z sokiem dodaje odwagi, a papierosy to mała przyjemnostka, a to wszystko w połączeniu z dynamitem dodaje adrenaliny.

Chodziliśmy tak po tych chodnikach, aż w końcu spotkaliśmy bossa i on zasnuł nas opowieściami. Jest najdłużej żyjącym górnikiem (55lat), który nadal pracuje (przepracował 26lat). Raz ponoć osunęła się ziemia, a on bez latarki, po ciemku znalazł drogę wyjścia. A labirynt jest imponujący. W tych kopalniach znajdują się również wielkie złoża arszeniku, ale tego górnicy używają tylko do trucia teściowych No i tak siedzieliśmy słuchając opowieści Majka i piliśmy ich trunek - spirytus z trzciny cukrowej z sokiem. Wszyscy wyszliśmy z kopalni lekko podchmieleni ale pełni wrażeń. Ci górnicy muszą być bardzo dzielni.

Resztę dnia spędziliśmy na tułaczce po ulicach Potosi, to małe ale bardzo urocze miasto a jego kopalniane korzenie widać tu w każdym zakątku. Droga do Uyuni to jedna z najlepszych w Boliwii. 200km asfaltu bardzo mało uczęszczanego z temperaturą całkiem znośną około 25 stopni. Do samego miasta zjeżdża się z gór, a samo Uyuni położone jest na płaskowyżu na granicy z salarem. Salar to wielkie płaskie przestrzenie pokryte solą.

Widok z góry na zupełnie płaskie Uyuni robił wrażenie, a do tego na tym wielkim płaskim polu piasku całe mnóstwo małych trąb powietrznych. Unikaliśmy ich jak ognia, bo raz wjechaliśmy w taką podczas jazdy i nieźle nas wytrzepało. Samo Uyuni nie robi wrażenia, to małe strasznie zakurzone miasteczko i gdyby nie wycieczki wyruszające stąd na zwiedzanie Salar De Uyuni to pewnie to miasteczko zniknęło by z map. Jedyną atrakcją w samym mieście jest cmentarzysko starych lokomotyw, pociągów i wagonów przeróżnego rodzaju. Widok jest nietypowy.

Gdy w Europie taki stary parowóz jest bezcenną atrakcją, jest restaurowany i pielęgnowany, tu kilkanaście różnych stoi na słońcu i nawet rdza w tym suchym klimacie nie upomina się o nie. Po rozeznaniu się w Uyuni gdzie jechać i co ciekawego możemy zobaczyć w koło ruszyliśmy. Salar de Uyuni zajmuje powierzchnię 10 582 km², co czyni go największym solniskiem świata. Jest położone na wysokości ok. 3653 m npm. Muszę dodać że jazda po salarze wymaga pewnej wiedzy i doświadczenia których my nie mieliśmy. Postanowiliśmy więc złapać "zająca", czyli jechać za jeepem z turystami. Salar jest tak wielki i płaski, że nie widać nic na horyzoncie, a do tego właśnie przed dwoma dniami spadły pierwsze deszcze tego sezonu i większość salaru była teraz pod wodą. Więc nawet jazda po śladach została wykluczona, bo pod wodą ich nie ma.

Cały widok w koło to fatamorgana, chmury odbijające się w zupełnie płaskiej tafli wody, i śnieżno białe wielkie połacie solnej ziemi. Widok całkowicie niesamowity, tego nie da się opowiedzieć to trzeba zobaczyć. Byliśmy zachwyceni tym nieziemskim krajobrazem. Jadąc za jeepem zauważyliśmy, że zwalnia jakby bez powodu. Potem jednak zorientowaliśmy się czemu. Otóż pod wodą kryły się wielkie ciemne dziury w solnym dnie. Miały z metr głębokości, też zwolniliśmy a Stefan dostał wytrzeszczu żeby tylko do jakiejś nie wpaść. Ja z przerażeniem obserwowałam jak z boku mijamy ciemne doły bez dna.

W końcu po prawie 2h dotarliśmy do dziwnej wyspy z kaktusami. Parę fotek i jazda dalej po solnym jeziorze. Motor cały pokryty był białym cementem, wyglądał tak czysto ale sól zżerała go od środka, więc jak tylko zjechaliśmy z salaru Stefan chciał jak najszybciej go umyć. Tuż przez wjechaniem na ląd twarda powierzchnia salaru zaczęła mięknąć aż zrobiła się błotnista i śliska, na szczęście nasz "zając" wiedział gdzie jechać aby się z tego wydostać.

Wreszcie na lądzie, ale radość nie trwała za długo. Chwilę potem zaczęły się piaski, żwirki i kamole i wszystko zupełnie sypkie, a do tego znowu gorąco. I tak zaliczyliśmy glebę, a pół tony na dwóch kołach grzęzło w piachu aż po osie kół. Motor zakopywał się, ja szłam i czasem pchałam. Sytuacja była beznadziejna, zaczęło się ściemniać a w koło ani śladu wioski. Nawet nie byliśmy pewni czy jedziemy w dobrym kierunku bo tu nie ma ani jednego znaku.

Gdy w końcu udało nam się dotrzeć do jakiejś twardszej drogi, Stefana coś zaniepokoiło, motor dziwnie zaczął ściągać na lewo. Zatrzymał się i ruszył i znowu. Zatrzymał się i zsiedliśmy z motora. I nagle padło pytanie, gdzie jest prawy kufer??? Spojrzenie do tyłu a kufer leży jakieś 500m za nami. I gdy Stefan przymocowywał kufer do motora podjechał jeep. Zapytaliśmy jak daleko do San Juan, którego szukaliśmy. Gość odpowiedział, że 5 min jazdy i to była wiadomość na którą się ogromnie ucieszyliśmy.

Już zupełnie po zmroku dotarliśmy do miasteczka, i po małych poszukiwaniach znaleźliśmy hostel w przystępnej cenie. Również dowiedzieliśmy się że w całym miasteczku nie ma wody od jakiegoś czasu. I już prawie straciliśmy nadzeiję na kąpiel, gdy nasza gospodyni powiedziała że ma wielki zbiornik i możemy się wykąpać za dodatkową opłatą. Oczywiście że skorzystaliśmy. Również wszystkie bary były już zamknięte, więc na obiad musieliśmy się obejść tuńczykiem w oleju z waflami ryżowymi. Lepsze to niż nic.

Z samego rana wstaliśmy, Stefan zaczął odrywać kawały soli z rur wydechowych, a ja dowiedziałam się że sąsiadka obok ma tajemniczą rurę z wodą i ze Stefan może tam sobie umyć motor z soli. Ucieszony popędził tam i pluskał maszynę chyba z godzinę. Potem szybkie pakowanko, małe zakupy na zapas i w drogę. Pogoda była wyśmienita, słońce przyjemnie grzało, a nam się wydawało że już jesteśmy po najgorszym. I tak było do pierwszego skrzyżowania, gdzie znowu ani znaku a my ani pojęcia gdzie jechać. Tym razem wybraliśmy źle, i po godzinie jazdy zatrzymaliśmy przejeżdżający jeep. On nam wskazał drogę. Dalej już ponoć jechaliśmy w dobrym kierunku. Potem była rzeczka i mała enta do wody, i koniec drogi i znowu błądzenie. Potem już znowu odnaleźliśmy dobrą drogę. Znowu przejeżdżając przez kolejny już salar, wjechaliśmy w błotko i wyrżnęliśmy poważną entę. Oczywiście nam nic się nie stało ale kufer się trochę pokrzywił i lusterko wygięło. Potem juz jechaliśmy powoli po salarze

Dalej zaczęło się znowu gorzej. Zaczęliśmy wspinać się pod górę, w bardzo sypkim piachu i do tego w wielkim upale. Motor się grzał, ja szłam, Stefan musiał stawać aby chłodzić silnik. W koło piętrzyły się wulkany, a w ich wierzchołkach groźnie gromadziły się chmury burzowe. Musieliśmy objechać jeden dookoła aby dostać się na główniejszą drogę. Potem było fest stromo po kamolach, ja szłam, Stefan czekał na górze z wodą.

W końcu zrobiło się chłodniej i z górki. Szczęśliwa wsiadłam i ruszyliśmy. Główną drogą jechaliśmy może z 10km, a potem znowu wjechaliśmy w pseudo drogę. Tędy jeździły tylko jeepy 4x4 i to nie za często. Wybierając najbardziej uczęszczane warianty jakoś posuwaliśmy się do przodu. W końcu dotarliśmy do krainy jezior górskich. Widoki były cudowne, wulkany, jeziora, wszystko w kolorach tęczy i do tego różowe flamingi brodzące w wodzie. Na niebie z jednej strony słońce, z drugiej wielkie, ciężkie, granatowe chmury. Deszcz to tylko kwestia czasu. W końcu tuż przy Lagunie Chiar Khota nas dopadł i trochę zmokliśmy. Potem chmura przeszła. Ściemniało się gdy znaleźliśmy miejsce na nocleg przy Lagunie Honda. Zrobiło się zimno, rozbiliśmy biwak, spałaszowaliśmy tuńczyka z chlebkiem i próbowaliśmy zasnąć gdy deszcz zaczął dudnić w ściany namiotu.

Rano gdy wstaliśmy wszystkie szczyty w koło były ośnieżone, trochę się rozchmurzyło i nawet słońce wyszło. W doskonałych nastrojach spakowaliśmy manatki i jechaliśmy dalej na południe. Droga była trochę lepsza i tylko od czasu do czasu musiałam dreptać. Widok zapierał dech w piersiach i zatrzymywaliśmy się co chwila na zdjęcia i aby podziwiać widoki. Zupełnie nam się nie spieszyło. Dojechaliśmy do Arbol del Piedra - skała w kształcie drzewa.

Gdy dotarliśmy do Laguna Colorada burza trzaskała w wulkan tuż obok nas. Stefan uspakajał, że mamy opony i że jesteśmy bezpieczni, tylko że co chwila się zatrzymywaliśmy bo piach robił się coraz bardziej grząski. Tuż za Laguną Colorada zatrzymaliśmy się przy zabudowaniach, przemoczeni, z zapytaniem o nocleg. I bardzo się zdziwiliśmy gdy znalazł się i nocleg i obiad dla nas w dobrej cenie. Zaraz się rozpłaszczyliśmy. Tutaj również poznaliśmy grupę ludzi z Brazylii, którzy jechali jeepami z przewodnikami. Przesympatyczni ludzie, spędziliśmy na pogawędkach cały wieczór.

Następnego dnia dotarliśmy do rejonu gejzerów. Tam też spędziliśmy jakiś czas spacerując pomiędzy wielkimi i małymi misami wypełnionymi różnego rodzaju błotkiem, to z innych dziur wydostawał się z głośnym sykiem jakiś śmierdzący gaz i para. Wszystko to ubarwione w ciepłych kolorach pomarańczu, różu i czerwieni z dodatkami różnych ocieni zieleni, a błotko było szare, brązowe lub niemal białe. Nasz motor przywiózł nas pomiędzy te gejzery i nawet sam został opryskany przez nie

Jadąc dalej nadal pstrykaliśmy setki zdjęć i zachwycaliśmy się widokami aż dotarliśmy do malutkiego basenu gorących źródeł. A potem ujął nas widok Valle del Dali, dolina z wielkim ośnieżonym wulkanem w tle i porozrzucanymi skałami na płaskiej jak stół powierzchni. Krajobraz trochę jak z obrazów Daliego.

W końcu dotarliśmy do Laguna Blanca i Laguna Laguna Verde. Przy tej pierwszej rozbiliśmy biwak i podziwiając wspaniały zachód słońca zajadaliśmy się zupkami kuksu. Następnego ranka wstaliśmy wcześnie. Tafla wody jeziora była spokojna i okoliczne wulkany odbijały się w niej niczym w lustrze. Wielki spokój panował w koło, cisza jak makiem zasiał. Delektowaliśmy się tą atmosferą, o którą tak trudno teraz w naszym normalnym świecie.

Po śniadaniu ruszyliśmy do granicy Boliwii z Chile. Po środku niczego stał mały domek i szlaban. To przejście graniczne. Pranie suszyło się na kratach okiennych domku, jakieś gacie powiewały na wietrze. Znudzony urzędnik wbił nam pieczątki w paszporty i leniwie pofatygował się aby otworzyć szlaban. I tak zakończyła się nasza przygoda z Boliwią. Podobało nam się tu, pomimo wielkiej biedy. Będziemy bardzo miło wspominać ten kraj.

blogBackground
Copyright © 2wheels2people.pl, Tarnowskie Góry 2012/2013r. (Code->kkamikaze)