2013-02-05
blogBackground

Patagonia wzdłuż i wszerz


W Ushuaia spędziliśmy więcej czasu niż planowaliśmy. Miało być dwa lub trzy dni, a skończyło się na ośmiu dniach. Stefan się rozchorował, a i tak nam się nie spieszyło. Dodatkowo kamping był fajny. Spotkaliśmy tu również znajomego (poznaliśmy go w Ekwadorze w Quito) też na BMce i jego koleżankę na KTMie.

Już razem pojechaliśmy do Punta Arenas. Droga była w części asfaltowa i w części szutrowa, a tuż przed miastem czekała nas jeszcze przeprawa promowa i przejście graniczne do Chile. Na szczęście pogoda była ładna i do tego tylko słaby wiatr więc jazda była całkiem przyjemna, pomijając odcinek szutrowy (150km), gdzie żwir był sypki i głęboki. Tam trzeba było gwałtownie zwolnić i mocno balansować ciałem żeby nie spotkać się z ziemią.

Przejście graniczne też nie sprawiło nam większego problemu, tylko trochę czasu. Trzeba przejść przez wszystkie punkty odprawy celnej po obu stronach granicy, a znudzeni celnicy wklepują coś do komputera i wbijają pieczątki. Taki rytuał odbywa się za każdym razem gdy przekraczamy granicę. Jest to trochę czasochłonne i męczące, szczególnie gdy na dworze jest upał. Na prom zdążyliśmy w sam raz, tylko zakupiliśmy bilety i prosto na statek. Przeprawa trwała 2,5h. Po drugiej stronie Estrecho De Magallanes znajdowało się Punta Arenas i to tu zostaliśmy na noc.

Tu również nasz motor odzyskał dawną sprawność, a wszystko dzięki Jamesowi. Otóż okazało się że dostał dodatkowo niepotrzebne części gdy zamawiał części do swojego zepsutego motora i dał nam je w prezencie. Jedyny minus tego wszystkiego był taki że musieliśmy oddać motor do naprawy do mechanika, gdyż nie mięliśmy specjalnego narzędzia które było potrzebne do zamontowania kołnierza mocującego tylną tarczę hamulcową. A mechanik nie chciał nam jej pożyczyć. Jedyną opcją było oddać motor w jego ręce. Stefanowi się to nie uśmiechało ale nie miał innego wyjścia.

Następnego dnia odebraliśmy nasz całkowicie sprawny motor i oczywiście musieliśmy swoje zapłacić, ale na szczęście części dostaliśmy za darmo więc i tak się opłacało. Po wstępnych oględzinach Stefan stwierdził że robota została wykonana należycie. Ale fajnie że znowu mamy tylni hamulec. Potem odwiedziliśmy Seno Otway, kolonię pingwinów. Młode właśnie przechodziły transformacje i gubiły swoje młodzieńcze upierzenie i wyglądały przekomicznie. Również tu widzieliśmy z bliska pancernika, który jakby nigdy nic odprawiał swoje śmieszne tańce. W dalszą drogę ruszyliśmy już sami gdyż James z koleżanką wyjechali dzień wcześniej.

Do Puerto Natales mięliśmy jakieś 250km po gładkim asfalcie. Odnaleźliśmy kamping i zostaliśmy tu kilka dni w oczekiwaniu na lepszą pogodę. Naszym następnym punktem był Park Narodowy Torres Del Paine. Jedynym sposobem aby poznać ten park jest wędrówka, bo z drogi nie wiele można zobaczyć. Postanowiliśmy więc poczekać na dobrą pogodę, gdyż nie mamy żadnych wodoodpornych ubrań, ani odpowiednich butów do trekkingu. Gdy prognozy były zadowalające, wczesnym rankiem ruszyliśmy do parku. W magazynie administratora parku zostawiliśmy motocykl, przebraliśmy się w normalne ubrania, zrobiliśmy przepak i wyruszyliśmy w nieznane.

Gry tak sobie już jakiś czas wędrowaliśmy Stefan spytał z głupoty czy mam bilety do parku i wtedy do mnie dotarło, że zapomniałam portfela. Tam też były nasze bilety. Zostawiłam plecak i truchcikiem pobiegłam z powrotem do motora. Znalazłam portfel w kieszeni kurtki motocyklowej i biegiem na szlak bo już było dość późno, a przed nami jeszcze kilka godzin marszu zanim dotrzemy na pierwszy kamping. Po przebyciu 20km raz w słońcu raz w deszczu, tuż przed zmrokiem odnaleźliśmy małe zatłoczone pole namiotowe. Stefan rozbił szybko namiot. W małym pomieszczeniu służącym za kuchnie i jadalnie tłoczyło się kilkadziesiąt ludzi, każdy przygotowywał swoje proste dania. My również wzięliśmy się do gotowania i po pół godziny zajadaliśmy się pierożkami z sosem.

Potem zimny prysznic i skok w ciepłe śpiworki. Następnego ranka spakowaliśmy obóz i ruszyliśmy w stronę lodowca Grey. 11km trochę w górę trochę w dół. Widoki były cudowne. Szliśmy szybkim marszem, dyskutując i rozmyślając. Pogoda była umiarkowana ale na szczęście nie padało. Potem gdy już doszliśmy tuż obok lodowca okazało się że tak na prawdę nie można go stamtąd zobaczyć. Trochę się zawiedliśmy ale Stefan się nie poddawał. Ukradkiem zeszliśmy ze szlaku i wdrapaliśmy się na stromy klif. I z samej góry zobaczyliśmy to po co przyszliśmy. Czoło lodowca wpadało prosto do jeziora. Pstryknęliśmy kilka fotek i z powrotem na szlak.

Wróciliśmy na kamping gdzie spaliśmy i rozważaliśmy kolejny nocleg tu, ale zdecydowaliśmy aby iść dalej gdyż nie mięliśmy za dużo jedzenia. Po kolejnych 7,5km tuż przed zmierzchem dotarliśmy na nieczynny kamping Italiano. Nazwano go nieczynnym gdyż w toalecie zawalił się dach. Ale gdy tam dotarliśmy okazał się że i tak wszyscy tu zostają na noc. Znowu spałaszowaliśmy szybki obiadek i wskoczyliśmy do namiotu. Po długich dwóch dniach wędrówki byliśmy już dość zmęczeni, szczególnie że nasza kondycja pozostawia wiele do życzenia. Spaliśmy jak zabici, tylko czasami budził nas huk kruszącego się lodowca wysoko w górach.

Kolejnego dnia szliśmy do doliny Francuskiej 5,5km, ponoć najpiękniejszej w tym parku. Faktycznie widoki zapierały nam dech w piersi. Znowu cała seria zdjęć. Stefan zaczął narzekać że kolano go boli ale szliśmy dalej. Na końcu doliny był punkt widokowy. Tam mały odpoczynek, przekąska w postaci czekolady i droga powrotna. Następną noc spędziliśmy na kampingu Los Cuernos, kolejne 5,5km dalej. Gdy pracownik kampingu nas zobaczył, pozwolił nam zostać za połowę ceny. Ucieszyliśmy się, bo kamping do tanich nie należał. Rozbiliśmy namiot i spałaszowaliśmy makaron z sosem.

Jednak w nocy zerwał się straszny wiatr, który co rusz nas budził. Baliśmy się że nasz namiot nie wytrzyma naporu wiatru. Stefan poszedł poszukać innego miejsca, a ja trzymałam rurki namiotu. Stefan znalazł otwarte drzwi do świetlicy i tam postanowiliśmy się przenieść. Szybko spakowaliśmy namiot do plecaka i schroniliśmy się w świetlicy. Widzieliśmy że tej nocy nikt nie mógł spać przez wiatr, ludzie z latarkami próbowali mocniej przytwierdzić namioty do ziemi. My natomiast rozłożyliśmy karimaty i śpiwory w kącie i próbowaliśmy zasnąć. Dach świetlicy trzeszczał w posadach. Bałam się że zaraz spadnie nam na głowy. Ale po jakimś czasie zmęczenie pokonało strach i zapadliśmy w błogi sen. Wstaliśmy wcześnie rano i spakowaliśmy manatki. Wschód słońca był cudowny, ani chmurki na niebie i wiatr zelżał.

Po szybkim śniadaniu składającym się z suchych bułek i kawy ruszyliśmy w dalszą wędrówkę. 12,5km dzieliło nas od następnego kampingu. Tam też zaczynała się droga. Słońce grzało,a ciężkie chmury zawisły nad szczytami Torres Del Paine. Postanowiliśmy wracać. Nie mięliśmy już więcej jedzenia i zmęczenie dawało się we znaki. Gdy dotarliśmy do pierwszego sklepu zakupiliśmy kakao w kartonie i ciastka. Patrząc na torresy zajadaliśmy się słodkościami. Czekała nas jeszcze droga powrotna do motocykla. Ale już po kilku metrach marszu udało nam się złapać stopa. Na pace pikapa patrzeliśmy na oddalające się wspaniałe granitowe szczyty Torres Del Paine. Podskakiwaliśmy jak piłeczki na tej pace ale szczęśliwi byliśmy że nie musimy dalej iść, bo do motocykla mięliśmy 60km.

Gdy już dotarliśmy na miejsce pokrywała nas gruba warstw drogowego kurzu. Znowu przepak, szybkie przebieranie i w drogę. Postanowiliśmy jeszcze tego dnia opuścić park, gdyż nie mięliśmy jedzenia i kampingi tu były strasznie drogie. Chcieliśmy dojechać jeszcze dziś do El Calefate po argentyńskiej stronie Patagonii. Po drodze zatrzymaliśmy na kanapkę z wołowiną. Na granicy byliśmy przed 8 wieczorem. Zupełnie pusto. Jedno auto podjechało i okazało się że to Polacy, spędzający urlop z dziećmi w Patagonii. Absolutny szok, ale że było już późno, a my mięliśmy jeszcze ponad 200km do pokonania tylko szybkie pozdrowienia i wymiana mailami i w drogę. Ponad 70km musieliśmy pokonać po szutrze, do tego było już prawie całkiem ciemno, a zające latały jak poparzone przed naszym kołem. Do El Calafate dotarliśmy po 10 wieczorem, znaleźliśmy jakiś kamping i rozbiliśmy obóz. Byliśmy wykończeni, to był bardzo długi dzień.

Kolejne dni spędziliśmy na odpoczynku i objadaniu się mięchem. Pogoda była cudowna. Zrobiliśmy pranie i nadrabialiśmy braki internetowe. Potem znowu czekaliśmy na lepszą pogodę. Teraz już na dobre przyszła jesień i trudno było o fajną pogodę w tej części kontynentu. Ale gdy tylko się rozchmurzyło pojechaliśmy zobaczyć lodowiec Perito Moreno w Parku Narodowym Los Glaciares.

Wjazd do parku nie był tani, ale i tak chcieliśmy zobaczyć ten spektakularny lodowiec. Droga się dłużyła, aż w końcu, na drugim końcu jeziora wyłoniło się wielki pole białego lodu z wysokim czołem zanurzonym w jeziorze. Aby podejść jak najbliżej czoła lodowca trzeba było podjechać darmowym autobusem do punktu widokowego, skąd można było różnymi trasami zejść w dół. Więc chodziliśmy wzdłuż podziwiając ogrom lodu. Czoło wysokie na 60m, wystawało ponad wodę, a pod powierzchnią kolejne 170m, szeroki na 5km a długi na 30km. Usiedliśmy w jednym miejscu i czekaliśmy ze zniecierpliwieniem aż coś się stanie. Co chwila było słychać jak lód pęka, trzeszczy. Po chwili huk i mała bryła z impetem wpadała do wody. Niesamowity widok. W pewnym momencie ogromne dudnienie i wielka bryła lodu wpadła do jeziora tworząc wysokie, pieniste fale. Wow!!!!! Tego się nie spodziewaliśmy. I tak obserwowaliśmy ten wspaniały spektakl przez dobre 5h. Wróciliśmy na kamp nadal podekscytowani. Nie spodziewaliśmy się, że to miejsce wywoła w nas tyle pozytywnych emocji.

Następnego dnia pakowaliśmy się i jechaliśmy w kolejne niesamowite miejsce - El Chalten. Tuż po przyjeździe zaczęło padać i padało kolejny dzień. Trochę zawiedzeni siedzieliśmy i znowu czekaliśmy na lepszą pogodę gdy nagle Stefan ze złą miną przyszedł i oświadczył że nasz aparat fotograficzny padł. Ja na to "ale jak to padł?" Próbowaliśmy dosłownie wszystkiego, włączaliśmy i wyłączaliśmy, dmuchaliśmy, chuchaliśmy i nic. Nawet oddaliśmy do lokalnego fotografa, który go rozkręcił i stwierdził, że nic się nie da zrobić. No to kaplica!!!

Zaczęliśmy szukać nowego aparatu, ale El Chalten to straszna dziura i jedyny aparat który znaleźliśmy kosztował fortunę a parametry miał jakby z poprzedniego stulecia. Postanowiliśmy pojechać z powrotem do El Calafate i tam poszukać. W drodze spotkało nas kolejne nieszczęście. Jedziemy sobie tak 130km/h gdy wtem wielki drapieżny ptak startuje z pobocza wprost pod nasze koła. Stefan nawet nie zdążył nacisnąć hamulca. Zatrzymaliśmy się ze 100m dalej. Naszych nosów doszedł okropny odór palonych wnętrzności ptaka znajdujących się na silniku. Na pewno biedak tego nie przeżył. Stefan ze wściekłością kopnął w barierę. Po oględzinach okazało się że nasza tuba na narzędzia się urwała z jednej strony. Zaraz to paskami z powrotem przymocowaliśmy do motora, ale żal że biedne ptaszysko zginęło nadal nas nie odstępował.

W kiepskich humorach dotarliśmy do El Calafate. Po krótkich poszukiwaniach znaleźliśmy jakiegoś Nikona Coolpix za 400 dolców. Straszna paść, pewnie w Europie kosztuje z 70 Euro, ale nie mieliśmy innego wyjścia. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się aby zobaczyć co to dokładnie za ptak. I chcieliśmy zrobić mu zdjęcie, ale oczywiście bateria w aparacie padła. Dopadł nas dość pechowy okres pomyśleliśmy.

Następnego dnia poszliśmy pochodzić w góry do Lago Torre. Wspaniała pogoda jaką mięliśmy to wielka rzadkość w tym rejonie, więc łudziliśmy się że szczęście może znowu się do nas uśmiechnęło. I tak też chyba było bo kolejne dni były równie wspaniałe. Zupełny brak wiatru i ani jednej chmurki na niebie, z wielką przyjemnością pokonywaliśmy kolejne kilometry i podziwialiśmy piękne widoki. Siedzieliśmy nad brzegiem krystalicznie czystego jeziora Lago Torre i podziwialiśmy widok na Cerro Torre, znany szczyt wśród wspinaczy. Słońce cudownie prażyło i aż nie chciało nam się wracać na kamping. Oczywiście na koniec skoczyliśmy na pyszne argentyńskie lody. Kolejnego dnia kolejny szlak, tym razem do Lago de Los Tres z widokiem na Fitz Roy. Pogoda nas do słownie rozpieszczała i nawet lokalni mieszkańcy dziwili się że jest tak ładnie.

Następnego poranka spakowaliśmy i ruszyliśmy dalej na północ. Zatrzymaliśmy się tylko przy potrąconym ptaku. Stefan musiał odgonić stado much, aby go podnieść do zdjęcia. Chociaż tak mogliśmy upamiętnić jego śmierć. Tego dnia czekała nas długa i męcząca droga do miasta Perito Moreno, do którego mięliśmy zamiar dotrzeć.

blogBackground
Copyright © 2wheels2people.pl, Tarnowskie Góry 2012/2013r. (Code->kkamikaze)