2013-03-04
blogBackground

Chile - Wyboista Carretera Austral


Droga do następnego miasta Perito Moreno była wielką niewiadomą. Każdy wcześniej napotkany motocyklista mówił coś innego. Ogólnie wszyscy nas ostrzegali, że nie jest łatwo. Spodziewaliśmy się, że będziemy musieli gdzieś po drodze zanocować w polu bo dystans był spory (650km) a do tego około połowa po paskudnym żwirze. Początkowo był asfalt. Wiedzieliśmy że prędzej czy później ta bajka się skończy. I tak też się stało. Nagle znaki zastawiły całą drogę, a za znakami była ładnie usypana górka gruzu wzdłuż całej jej szerokości. To był znak - nie ma przejazdu.

Więc z największą niechęcią przejechaliśmy na paskudny szuter. I tak znacznie wolniej kontynuowaliśmy drogę. Co nas najbardziej wkurzało to gładziutki asfalt, który ciągnął się wzdłuż nas. Nowa droga w trakcie konstrukcji. Kilkunastu kilometrowe odcinki nowiutkiego asfaltu, niestety nie udostępnione dla ruchu. Słyszeliśmy plotki, że ponoć rząd argentyński nie zapłacił podwykonawcom za pracę, a oni w zamian nie udostępniają nawet skończonych kawałków drogi. Ale długo tak nie wytrzymaliśmy i Stefan szybko znalazł jakiś przejazd na asfalt. Mimo wspaniałej nawierzchni jechaliśmy wolniej bo w każdej chwili mogło coś niespodziewanego wydarzyć się na drodze albo brak mostu lub też kolejna górka wszerz drogi. Czasami musieliśmy zjeżdżać na szutrową stronę, a czasem musieliśmy pokonać górkę gruzu na drodze. Na szczęście pogoda nam dopisywała i nawet tak strasznie nie wiało.

W końcu asfalt się zupełnie skończył i znowu zmagaliśmy się z zupełnie luźnym żwirem. Zaliczyliśmy kilka poważnych wahnięć ale Stefan utrzymał maszynę w pionie. Dalej droga przeplatała się raz asfalt, raz szuter. Aż w końcu dojechaliśmy do miasta Perito Moreno. Zdziwiliśmy się, bo na mapie miejsce to było zaznaczone malutką kropką, a tu okazało się całkiem spore miasto. Pomimo niedzieli i późnego popołudnia super-mały-market był nadal otwarty. Kupiliśmy mięsko i świeże pieczywko i drożdżówki. Wszystko czego potrzebowaliśmy. Potem znaleźliśmy fajny kamping, rozbiliśmy się, spałaszowaliśmy pyszne kanapki z wołowinką i zmęczeni walnęliśmy się spać. To był długi dzień - w sumie 650km z czego 300 off-roadu. Całkiem niezły wynik.

Następnego dnia wstaliśmy wcześnie. Jedliśmy śniadanko i patrzeliśmy z zaciekawieniem jak mała Koreanka próbuje złożyć swój błyskawicznie rozkładany namiot. Zwija, składa, siada na nim coś tam kombinuje, a po chwili namiot wyskakuje jej z rąk i nadal stoi jakby nigdzie się nie wybierał. I tak kilkadziesiąt razy, aż w końcu przyszła do nas z pytaniem czy nie pomożemy. Rozbawieni próbujemy i po trzeciej próbie udaje nam się okiełznać tą bestię i wsadzić ją do worka. Opuszczamy Perito Moreno w wyśmienitych nastrojach. Następne większe miasto leży jakieś 70km dalej już po stronie Chile. Na granicy dwie młode, znudzone celniczki każą nam otwierać każdy kufer. Niepocieszony Stefan zabiera się do odpinania pasków. Trzeba torby ściągnąć i prześwietlić. Godzinka mija zanim znowu jesteśmy gotowi do drogi.

W Chile Chico dowiadujemy się, że jedyny prom pływający w poprzek jeziora General Carrera pływa raz dziennie tylko o 8:00 rano. No to klops. Mamy dwie opcje, albo zostać tu na noc choć jest jeszcze wcześnie, albo jechać w koło jeziora po szutrze nadrabiając z 300km. Jakaś pani w informacji powiedziała, że ponoć ta droga w koło jeziora jest bardzo ładna. Po chwili zastanowienia postanowiliśmy zaryzykować. Pogoda była wspaniała, około 25 stopni i ani chmurki. Ruszyliśmy więc w drogę. Pierwsze kilkanaście kilometrów droga całkiem, całkiem ale widoków żadnych. Trochę się zmartwiliśmy ale kontynuowaliśmy. I tak jak droga zaczynała się psuć pierwsze wspaniałe widoki się wyłaniały.

Niesamowity kolor jeziora General Carrera wspaniale komponował się w krajobraz ośnieżonych szczytów gór. Co chwile drogę przecinały mosty, a w dole głębokich kanionów wartko płynęły górskie rzeki. W koło tylko góry pokryte śnieżnobiałymi lodowcami. Kręta droga wiła się to w górę to w dół odsłaniając co ruch niepowtarzalne widoki. Pomimo fatalnej nawierzchni i tak cieszyliśmy się że wybraliśmy tą opcję.

Przemieszczaliśmy się powoli, co rusz robiąc przystanki na zdjęcia i na podziwianie widoków. W końcu dotarliśmy do Puerto Rio Tranquilo, małej wioski nad brzegiem jeziora. Znaleźliśmy prehistoryczny kamping w lecie z dala od wszelkich domostw. Ogarnęła nas błoga cisza. Pod zadaszeniem znajdowało się palenisko, stoliki i ławki. W oddali były przyzwoite łazienki i nawet była ciepła woda jak Stefan napalił w piecu.

Tylko woda leciała żółta z zardzewiałego bojlera. Rozpaliliśmy ognisko i zjedliśmy lokalne kiełbaski. Wieczorem przy herbatce wspominaliśmy niesamowitą drogę wzdłuż jeziora. Dwa dni później ruszyliśmy w dalszą drogę. Tuż przed miastem Coihaique zaczął się znowu asfalt i cywilizacja. Wielkie pastwiska z wesołymi krówkami. W mieście ponownie spotkaliśmy naszego znajomego Jamesa z UK na takim samym motorze jak nasz. Pogoda się zepsuła. Zostaliśmy tu kilka dni w nadziei że się polepszy. Niestety nic się nie zmieniło przez kolejnych kilka dni.

Ledwie spakowaliśmy namiot gdy zaczęło znowu mocno padać. Szczypawice znalazły kryjówkę we wszystkich szpatach naszego namiotu i wypadały co chwila gdy zwijaliśmy płachty. Siedziały nawet w rurkach. W strugach deszczu ruszyliśmy w drogę. Zatrzymał nas korek przed tunelem. Okazało się że jakiś rowerzysta został śmiertelnie potrącony w tunelu. Musieliśmy czekać ponad godzinę. Potem trochę się rozpogodziło na chwile. Gdy wjeżdżaliśmy na jakąś przełęcz znowu zaczęło lać. Jechaliśmy coraz wyżej, aż w końcu krętą błotnistą drogą wjechaliśmy w chmury. Jedyne co widzieliśmy to rzeki, nawet czasem płynęła po drodze. Teraz powolutku ostrożnie kulaliśmy się po serpentynach.

Po godzinach w deszczu dotarliśmy do maleńkiej wioski Puyuhuapi nad fiordem gdzie widzieliśmy delfiny. Odnaleźliśmy mały kamping nad brzegiem. Starsze małżeństwo ugościło nas należycie. Mogliśmy rozbić namioty i zaparkować motory pod zadaszeniem. Pan rozpalił dla nas ogień w piecu w małej prymitywnej świetlicy. Przemoczeni zaraz zabraliśmy się za suszenie ubrań i właściwie wszystkiego bo wilgoć wdarła się wszędzie, nawet do śpiworów. W małym sklepiku kupiliśmy podstawowe produkty i przyrządziliśmy obiadek. Ciepło z pieca rozgrzało atmosferę i aż zachciało nam się spać.

James rozbił sobie namiot a my rozłożyliśmy karimaty w świetlicy i tam też spędziliśmy noc wsłuchując się w trzaski palonego drewna. Następnego ranka obudził nas przemiły pan, który przyszedł napalić w piecu. Deszcz lał jak szalony. Zdecydowaliśmy, ze zostaniemy kolejny dzień w tym cieplutkim, przytulnym pomieszczeniu dokładnie susząc wszystko. Więc nadrobiliśmy trochę zaległości w zdjęciach i bloga. Następnego ranka ruszyliśmy w dalszą drogę z zamiarem dotarcia do Chaiten. Droga była w całości off-roadowa.

Deszcz nadal popadywał ale mniej. Tylko ciężkie chmury wisiały nam tuż nad głowami. Błotko pryskało nam spod kół. Chaiten nas zupełnie zaskoczyło. Jakieś takie opuszczone, zniszczone i zaniedbane. Zrobiliśmy małe zakupy i znaleźliśmy hostel. Kamping nie wchodził w grę gdyż teraz lało dosłownie jak z cebra i nasz namiot by prawdopodobnie został spłukany do zatoki.

Ostatnimi czasy częstym posiłkiem jest danie o tajemniczej nazwie 'makaroni ala zlew'. Na obiad ugotowaliśmy małe pierożki z jakimś tajemniczym nadzieniem. Stefana zadanie to odcedzić je. Niestety jakimś cudem zawsze mu się wymkną z garnka i lądują w zlewie. Ale wygłodniali mimo to je zjadamy. W hostelu dowiedzieliśmy się dlaczego miasto tak źle wygląda. Otóż w 2008 roku nieopodal wybuchł wulkan i zasypał wszystko w koło popiołem, a do tego błotnista rzeka która utworzyła się po tym zatopiła większą część miasta w błocie. Następnego ranka przywitało nas wspaniałe słońce i mogliśmy zobaczyć skutki tego kataklizmu. Faktycznie duża część domów i budynków była wypełniona prawie po sufit popiołem i żwirem. Widać było zarys tej wielkiej rzeki błotnej która przetoczyła się przez okolice. Po tym wydarzeniu, miasto już nigdy nie odzyskało swej dawnej postaci. Wiele osób opuściło to malowniczo położone miejsce.

Prom z Chaiten na wyspę Chiloe odpływał o 11:00. Po pięciu godzinach na promie dobiliśmy do brzegu wyspy Chiloe i miasteczka Quellon. Naszym celem było dotarcie do Castro, stolicy wyspy. I znowu kamping i pełny relaks w promieniach słońca. Po ostatnich dniach w zimnie i deszczu z przyjemnością chłonęliśmy promienie słoneczne, ładując biologiczne baterie. Wybraliśmy się na przejażdżkę do Parku Narodowego Chiloe. Po raz ostatni na tej wyprawie chcieliśmy zobaczyć Ocean Spokojny i pożegnać się z nim.

W międzyczasie rozglądaliśmy się powoli za powrotem do domu. No bo już 10 miesięcy minęło, a wysyłka motocykla z powrotem do Europy to nie taka prosta sprawa. I natknęliśmy się na informacje, że z Montevideo (Urugwaj) grupa Niemców wysyła motocykle w kontenerze i że moglibyśmy dorzucić nasz motor. Wtedy koszt rozkłada się na więcej maszyn i jest dużo taniej. Tylko jest mały problem - my nadal w Chile a spotkanie w Montevideo już za dwa tygodnie. Po wstępnych kalkulacjach i rozmyśleniach postanowiliśmy wysłać maszynę z Urugwaju. Kolejne dni spędziliśmy w siodle.

Minęliśmy Puerto Mont, zatrzymaliśmy się w Osorno, gdzie musieliśmy podjąć ostateczną decyzję. Pożegnaliśmy się z Jamesem i ruszyliśmy w kierunku Argentyny.

blogBackground
Copyright © 2wheels2people.pl, Tarnowskie Góry 2012/2013r. (Code->kkamikaze)