
Argentyna/Urugwaj - Ostatnie kilometry na dwóch kołach...
Przez roztargnienie i rozmyślania że już widać koniec naszej wyprawy, zupełnie zapomnieliśmy zatankować paliwo jeszcze w Chile i po przekroczeniu granicy z Argentyną okazało się że do najbliższej stacji mamy jakieś 60km. No to problem. Stefan znacznie zwolnił aby zaoszczędzić na spalaniu. Jechaliśmy przez malowniczą przełęcz i Park Narodowy Puyehue. Widoki były iście księżycowe.
Wszystko w koło było zasypane białym żwirem i popiołem. Okazało się że kilka lat wcześniej Wulkan Puyehue miał erupcję i stąd taki krajobraz. Do stacji benzynowej dojechaliśmy na oparach. Jakieś 3 km dalej na pewno byśmy stanęli. Musieliśmy przeciąć cały kontynent w szerz i to w kilka dni. Tuż za granicą z Argentyną, nieodparta pokusa ściągnęła nas z kursu. Odbiliśmy 100km na południe do Bariloche na najlepsze lody na świecie. Po oględzinach mapy stwierdziliśmy że do Buenos Aires jesteśmy w stanie dotrzeć w 3-4 dni, a potem do Montevideo to kolejny dzień, więc nam się aż tak nie spieszyło. No i pierwsze co gdy dotarliśmy do Bariloche, zatrzymaliśmy się przy znanej nam lodziarni. Oczywiście pół kg lodów spałaszowaliśmy bez większego problemu, potem małe zakupy i pojechaliśmy na również znany nam kamping. Ale fajnie było poruszać się po miejscu w którym już wcześniej byliśmy, znaliśmy już tu wszystko.
Dwa dni oswajaliśmy się z myślą że to już koniec. Jakże fajnie było podróżować nie wiedząc gdzie i kiedy nasza wyprawa się skończy. Teraz mięliśmy już konkretną datę, nawet kupiliśmy bilety lotnicze. Pozostało nam już tylko odliczać dni. Straszna świadomość.
Opuściliśmy Bariloche i jechaliśmy całymi dniami. Tylko na noclegi zatrzymywaliśmy się na kampingach. A że sezon urlopowy się już skończył to wszystkie kampingi były opustoszałe i za darmo. I mimo to, wszystko nadal funkcjonowało i nawet ciepła woda czasem była.
W Buenos Aires mięliśmy znajomego Polaka, którego wcześniej poznaliśmy na Dakarze w Tukumanie.
To właśnie u niego zatrzymaliśmy się. Okazało się, że Olaf jest księdzem i kilka najbliższych nocy spędziliśmy na Polskiej Misji w Argentynie.
Zostaliśmy ugoszczeni jak na Polaków przystało. Stąd jeździliśmy już pociągami i metrem do centrum Buenos Aires. Spędziliśmy długie cztery dni włócząc się po centrum tego 15to milionowego miasta. Widzieliśmy Pałac Prezydencki Casa Rosada z balkonu którego słynna Evita Peron przemawiała do swojego ludu, Catedral Metropolitana, w której służył nowy Papież Franciszek, słynny Obelisk - symbol Buenos Aires, najszerszą drogę świata, dzielnicę La Boca gdzie narodziło się słynne argentyńskie tango (to taniec pijaka i prostytutki) oraz Stadion Boca Junior gdzie grał słynny Diego Maradona, Cmentarz Recoleta gdzie zostały pochowane najważniejsze osoby w państwie, wspaniałe ogrody i i wiele wiele innych atrakcji.
Jednego wieczoru księża z Misji przygotowali dla nas tradycyjne asado, czyli specjalnie grilowane mięso i kiełbaski. Coś wspaniałego!!! Objedliśmy się jak bąki Pomagając w przygotowaniu asado poznaliśmy jego najskrytsze tajniki.
No i pewnego dnia, gdy Stefan odpalił motor okazało się że coś jest nie tak. Po oględzinach wyszło na jaw, że główna cewka zapłonowa, tym razem prawa, przeszła na emeryturę. Na szczęście zostało nam już niewiele do przejechania, tylko do Montevideo.
Tuż przez świętami wielkanocnymi opuściliśmy gościnne progi Polskiej Misji i udaliśmy się w stronę Urugwaju. Drogę do granicy urozmaicały nam potężne mosty na ogromnych rzekach Parana i Urugwaj. Granicę przekroczyliśmy bez problemów. Po drodze zatrzymaliśmy się w Colonia de Sacramento. Jest to małe historyczne miasteczko, słynące z kolonialnej zabudowy. Położone jest u wybrzeży rzeki Rio de la Plata, która wpada do Atlantyku. Po drugiej stronie rzeki znajduje się Buenos Aires.
Urugwaj na pierwszy rzut oka wydał nam się strasznie nudny, ale bardziej zadbany i bogatszy. W koło były same pola i pastwiska. Ale nie ma się co dziwić, Urugwaj słynie z rolnictwa i doskonałej wołowiny. Jest to mały kraj, który liczy sobie tylko 3 miliony mieszkańców, z czego połowa mieszka w stolicy.
Uliczki Colonia de Sacramento zachwyciły nas swoim klimatem i kamienną nawierzchnią. Widzieliśmy pozostałości po murach obronnych i starą latarnię. Co zwróciło naszą uwagę, to że wiele osób jeździ tu starymi zabytkowymi samochodami i autkami golfowymi. Wieczorami na kampingu robiliśmy mini asado, zajadając się mięsem i kiełbaskami.
Droga do Montevideo była naszą ostatnią spędzoną na motorze. Tym razem kilometry leciały jak zwariowane. Pomimo, iż motor dusił się i krztusił delektowaliśmy się ostatnimi godzinami w siodle. Gdy dotarliśmy do Montevideo po raz pierwszy spaliła nam się żarówka, odebraliśmy to jako sygnał od naszej GSy, że ona nie chce wracać do domu. Odnaleźliśmy hostel i wieczorem spotkaliśmy się z resztą podróżników aby omówić wysyłkę motorów.
Następnego dnia rano spakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy do portu aby oddać naszą maszynę w ręce pracowników portu.
Zaparkowaliśmy motor w kontenerze tymczasowym wraz z czterema innymi. Pożegnaliśmy się z naszym wysłużonym sprzętem i skoczyliśmy wszyscy do baru na piwo. Powspominaliśmy jeszcze nasze wojaże i rozstaliśmy się, aby spotkać się ponownie w porcie w Hamburgu za ponad 6 tygodni. Ten czas spędzimy kontynuując wyprawę, przemieszczając się autobusami ...
