2012-09-19
blogBackground

Peru - Walka o przetrwanie


Droga do granicy była bardzo wyboista i w jej końcowym odcinku to prawdziwy hardcore. Granica, gdyby nie szlaban na moście to pewnie byśmy się nawet nie zorientowali, że to już to. Zatrzymaliśmy się i ktoś wskazał jakaś chatę, że tam mamy iść. Upał był niemiłosierny, chcieliśmy już jechać dalej bo podczas jazdy chociaż trochę wieje i jest chłodniej. Weszłam to tzw biura i wołam i nic. W końcu jakiś gość wyszedł jakby spod prysznica i pyta czego. Ja mu na to, że chcemy wyjechać z Ekwadoru i żeby nam pieczątkę wbił w paszportach. Załączył komputer i coś tam klepał jednym palcem weń. Po dłuższej chwili powiedział, że możemy jechać i nawet nie pofatygował się żeby otworzyć nam szlaban więc skuleni przejechaliśmy pod nim. Na drugim końcu mostu kolejny szlaban i nikogo w koło więc znowu pod nim i rura dalej, ale kontem oka widzę, że ktoś macha. Zatrzymaliśmy się. To peruwiańska strona granicy. Trochę się już spieszyliśmy bo chcieliśmy dojechać do jakiegoś większego miasta na nocleg, ale biurokracja po stronie Peru nas zatrzymała na ponad godzinę. Tu również tylko kilka rozlatujących się chat bez większych napisów, że to jakieś urzędy. I tak biegaliśmy od jednej chaty do drugiej i znudzeni panowie coś wklepywali do komputerów, to gadali przez telefon, to znowu że chcą ksero, i że jakąś pieczątkę z Policji. Koszmar. Zanim się uwolniliśmy już zaczęło się ściemniać. Zapytałam więc policjanta czy możemy na jedną noc rozbić namiot na trawniku obok Policji. Ten się zgodził i oświadczył że tu bezpiecznie i że będzie nas pilnował. Tuż nieopodal był paskudny hostel ale i tak nie było nas stać na niego, bo nie mieliśmy wystarczająco gotówki, a najbliższy bankomat był jakieś 100km wgłąb Peru. Następnego dnia za ostatnie grosze kupiliśmy jogurt na śniadanie. Musieliśmy się przygotować do dalszej trudnej drogi po bezdrożach do najbliższego miasta Jean. Droga, wprawdzie nadal bez asfaltu ale dość utwardzona. I wzdłuż całego tego odcinka odbywały się roboty drogowe. Raz omal spych nie zepchnął mnie ze skarpy. Zsiadłam aby Stefan mógł łatwiej przejechać po gliniastym nieutwardzonym kawałku. Stefan przejechał a ja lecę za nim, gość w spychu już tego nie widział i ruszył za Stefanem. Dobrze, że ja się zorientowałam i odskoczyłam na bok. Do Jean dotarliśmy popołudniu. Od razu uderzyła nas cena paliwa. Aż trudno uwierzyć, że może być aż taka różnica pomiędzy sąsiednimi krajami. Za galon w Ekwadorze płaciliśmy $2, a tutaj 18 soli, czyli $6-7. Szok. I do tego mało samochodów, tylko te hałaśliwe motorki i mototaxi, nadużywające klaksonów, panoszące się jak mrówki. Oczywiście wzbudziliśmy nie lada zainteresowanie. Dziwnie się tu czuliśmy. Niby sąsiednie państwo ale bardzo różne. Nie wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać po tutejszych ludziach. Znaleźliśmy tani hostel. Jaen było zatłoczone, bardzo hałaśliwe, strasznie biedne, zakurzone z przeokropnym zapachem. Ludzie wylewali pomyje i wszystkie brudy na ulice. Upał był niesamowity. W pokoju mieliśmy 30 stopni Celcjusza całą noc. Zimny prysznic braliśmy chyba z 10 razy. Następnego ranka ruszyliśmy dalej. Chcieliśmy jak najszybciej wjechać w góry wysoko żeby tylko zrobiło się chłodniej. Wybraliśmy krótszą ale nie asfaltową drogę do Chachapoyas, naszego następnego przystanku. Mapa którą mieliśmy nie do końca pokazywała prawdę. Ale pytając ludzi jakoś dojeżdżaliśmy do celu. Mimo iż droga była szutrowa, kilometry jakoś leciały, aż w końcu dojechaliśmy do wioski z której nie umieliśmy wyjechać. Jakiś uprzejmy lokales wyprowadził nas na dobrą drogę i coś wspomniał o rzece. Pomyśleliśmy, że pewnie bez mostu i trzeba będzie przez nią przejechać. No i podjeżdżamy do niej i fakt że była dość szeroka i głęboka ale Stefan bez problemu przedarł się przez nią. Jedziemy dalej po piaszczystym brzegu i nagle naszym oczom ukazuje się rzeka jak nasza Wisłą w Warszawie...i brak mostu. No masakra se myślimy. Gdy spojrzeliśmy dokładniej dostrzegliśmy dwie łódki po drugiej stronie rzeki. Pytamy lokalesów zażywających kąpieli gdzie most, a oni że ni ma i że są łódki. W międzyczasie jedna z łodzi dopłynęła do naszego brzegu. Pytamy z wyraźnym zwątpieniem czy nasz motor da rade, oni że jasne, bez problemu. Że nawet vany przeprawiają - przywiązują dwie łódki do siebie i wjeżdżają po dechach na nie. ŁaŁ!!! Stefan miał minę niemrawą, nie dość że upał 38 stopni, my w tych motocyklowych wdziankach i kozakach, do tego jacyś goście mają wsadzać jego motor do łodzi i jeszcze nią płynąć. Stefan był wyraźnie zaniepokojony. Lokalesi nie tracąc czasu wzięli się do rzeczy. Stefan odpiął kufry i zanim się zorientowałam przód motoru już był w łódce. Chłopaki od przeprawy znali się na rzeczy. Chwilę później już byliśmy cali na drugim brzegu, bez żadnych strat. I ledwo ruszyliśmy Stefan stracił równowagę na kamolach i kipnęliśmy się na bok. W momencie lokalesi podbiegli i chcą dźwigać maszynę ze Stefanem na niej. Stefan się drze po angielsku żeby chwilkę poczekali oni nie rozumieją i dalej ciągną. Ja stoję obok i boki zrywam, jak Stefan się z nimi siłuje. W końcu Stefan zszedł i postawiliśmy maszynę, całkowicie przemoczeni z potu. W końcu ruszyliśmy w drogę. Wiatr owiewał nasze przemoczone kombinezony i aż poczuliśmy ulgę. A po jakimś czasie nawet i asfalt się zaczął. A po kolejnej godzinie temperatura zaczęła przyjemnie spadać i nawet zaczął padać deszcz przez chwile omywając nasze skurzone postacie. Do Chachapoyas dojechaliśmy późnym popołudniem, znaleźliśmy hostel i padliśmy jak muchy. To miasto zupełnie inne od Jaen. Turystyczne. w miarę czyste, z ładnym Plaza de Armas - rynkiem. Czuliśmy się tu bardziej swojsko i do tego turyści. Było nawet z kim pogadać po angielsku. Następnym przystankiem miała być Cajamarca - znane z prekolumbijskich budynków bardzo turystyczne miasto. Niestety okazało się za daleko, aby ten dystans przejechać po bezdrożach w jeden dzień. Noc spędziliśmy w luksusowym ta tamte warunki i tanim hotelu w Celendin. Cajamarca okazała się również zatłoczona i hałaśliwa, a ceny za hostel były trzykrotnie wyższe niż wszędzie indziej i do tego ani jeden hostel nie miał parkingu. Wróciliśmy się już po ciemku do Los Banos del Inca, to również drogie miasteczko słynące z gorących źródeł. Wprawdzie za hostel zapłaciliśmy fortunę ale za to mieliśmy wszystkie wygody i basen z gorącą wodą tylko dla nas. Z Cajamarca musieliśmy się jakoś przedrzeć przez góry na południe do Huascaran National Park. Na początku droga rozpieszczała nas gładką asfaltową powierzchnią. Z czasem wiosek było coraz mniej i nagle asfalt też się skończył. I to tu zaczęliśmy naszą przygodę z off-roadem. Nasza mapa znowu zaczęła kłamać. Błądziliśmy po tych wysokogórskich bezdrożach. Każdy napotkany wieśniak mówił coś innego, mapa też mówiła coś innego. Jechaliśmy wybierając jak na nasz gust bardziej wyjeżdżone drogi i nie zawsze wybór był słuszny. Pewien dzień szczególnie utkwił nam w pamięci. Jechaliśmy tak już kilka godzin i nie wiedzieliśmy nawet czy w dobrym kierunku. W koło zupełna pustka, ani żywej duszy. Gdy nagle pojawiła się wieśniaczka z osiołkiem, wspomniała coś "no puente" - nie ma mostu. Ale pomyśleliśmy że coś bredzi. Jak bardzo się zdziwiliśmy jak kilka kilometrów później faktycznie brakło drogi i mostu, a na środku stała kopara. Tyle kilometrów tej paskudnej drogi i jeszcze trza będzie się wracać. Masakra. Ale akurat robotnicy wracali z przerwy i mówią, że usypią nam koparą przejazd i że popchają i powinno być dobrze. Stefan znowu szczerze powątpiewał w powodzenie tej akcji. W dwie minuty prowizoryczny przejazd był gotowy. Stefan na motor, robotnicy po bokach a ja za aparat. Po wielkich trudach, dokonaliśmy niemożliwego - przedarliśmy się. No to dalej w drogę. Kilka kilometrów dalej utwardzona droga zamieniła się w drogę bez nawierzchni - czyli tylko ziemia z kamolami rozrzucona, miękka, prawie nie przejezdna na motorze. Ja oczywiście z buta szłam, na tej wysokości z całym rynsztunkiem to nie lada wyczyn, bez aklimatyzacji. Dyszałam i sapałam i modliłam się żeby się to już skończyło. Od czasu do czasu wsiadałam na motor żeby po chwili stwierdzić że tak nie da rady, że przednie koło ciągle ujeżdża i że za chwile się wywalimy. Znowu zsiadałam i kontynuowałam marsz. Nagle zza ostrego zakrętu wyskoczył pług z lemierzem, który rozprowadzał ziemię po drodze i omal nie zepchnął Stefana ze skarpy. Od gościa dowiedzieliśmy się, że na pewno nie jedziemy w dobrym kierunku, ale nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy kontynuować gdyż droga powrotna nie wchodziła w grę. Na którymś z kolejnych zakrętów wyłożyliśmy się, co było nieuniknione zważywszy na jakość drogi lub też jej brak. Na szczęście nic się nam nie stało, jedynie Stefan trochę stękał bo noge mu wykręciło w nienaturalny sposób. Na szczęście ból przeszedł po kilku minutach. Wykończeni ciągłym zmaganiem się z drogą, motorem i marszem, jechaliśmy dalej. Gdzieś tam, nie wiemy dokładnie gdzie spotkaliśmy robotników przy budowie drogi i oni pokierowali nas w dobrym kierunku. Nie bacząc na pogodę, która nagle się pogorszyła i deszcz zaczął padać strumieniami jechaliśmy dalej. Droga zmieniła się w błotno-gliniastą. Ślisko się zrobiło jak na lodowisku. Ja znowu zeskok z motoru. Glina oblepiała mi buty, a każdy ważył chyba z 5kg. Stefan walił piruety i poślizgi na motorze. Ubaw był niemały gdy spojrzeliśmy na oblepiony błockiem motor. Brakowało szprych, błocko wykleiło całą felgę, opona była szeroka jak w terenówce a copy błocka spadały co jakiś czas na drogę, do tego ten deszcz. Byliśmy w mało ciekawej sytuacji. Nawet nie wiedzieliśmy jak daleko do najbliższej wioski. Ale co, przecież się nie poddamy. W tempie żółwia dokulaliśmy się do wioski Mollabamba, której nawet na mapie nie mieliśmy. Jedyny hotel w wiosce splajtował. Znaleźliśmy inny, nieoficjalny hostal. Budynek zbudowany w tradycyjny sposób, czyli lepianka z gówna, gliny i słomy. Najważniejsze - łóżko było, i kibel też. Motor udało nam się schować wewnątrz tutejszego szpitala. Ale i tak nie wyspaliśmy się tej nocy, gdyż w wiosce była jakaś impreza i orkiestra dęta dęła całą noc, a krowie tuz przy naszym oknie nie podobało się to najwyraźniej bo wydzierała się w niebogłosy bez końca. Gdy wstaliśmy o 7:00 rano orkiestra nadal grała. Uciekliśmy stamtąd w popłochu. Kolejne dni były już lepsze. Nadal dominował brak asfaltu, ale już wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i w jakim kierunku jedziemy. I znowu zjechaliśmy z gór, a droga ciągnęła się wzdłuż rzeki Rio Santa w Kanionie Del Pato. Temperatura wskoczyła na 38 stopni i nie chciała spaść przez 60km zakurzonej drogi przez absolutne pustkowie. W końcu przedzierając się przez 36 tuneli, wyjechaliśmy na asfalt. Droga wspinała się w górę, zrobiło się trochę chłodniej a widoki zapierały nam dech w piersiach. Ośnieżone szczyty dwudziestu dwóch sześcio-tysięczników Parku Narodowego Huascaran wyłaniały się jeden po drugim w trakcie jazdy. Dotarliśmy do Caraz. Tu poddaliśmy się rekonwalescencji po wielu dniach jazdy w trudnych warunkach. Byliśmy wykończeni. Ale warto było, widoki były cudowne.

blogBackground
Copyright © 2wheels2people.pl, Tarnowskie Góry 2012/2013r. (Code->kkamikaze)